Plik był otwarty.
Rejestr umów — projekt — podmiot niestandardowy.
Kursor mrugał w pierwszej komórce. Czekał na dane wejściowe. Taki jest kursor — cierpliwy, bezosobowy, gotowy na wszystko.
Patrzył na kursor przez chwilę.
Potem patrzył przez okno.
Potem wrócił do kursora.
Wstał.
* * *
Zrobił kawę. Nie dlatego że chciał kawę — miał już dwie tego ranka i trzecia o tej porze to była informacja dla organizmu, której organizm nie prosił. Zrobił ją dlatego, że przy robieniu kawy można myśleć bez wrażenia że się myśli. To jest zaleta kawy, której nie piszą na opakowaniu.
Głos w telefonie. Spokojny. Głęboki. Ten rodzaj spokoju który nie jest brakiem emocji — jest ich nadmiarem na tyle dawno zamrożonym, że zdążył zmienić strukturę.
Mamy pewien problem z klasyfikacją.
Problem z klasyfikacją. Ładnie powiedziane. Jakby chodziło o spółkę z o.o. z niejasnym PKD i pytaniem czy podlega pod sektor finansowy czy jednak energetyczny.
Nie podlegała pod żaden. Bo to nie była spółka. Wypił łyk. Kawa była za gorąca, co go nie obeszło.
Dwadzieścia pięć lat temu zaczął od audytu małej fabryki lakierów na Pradze. Trzy dni, jeden arkusz, jeden wniosek: magazyn nie ma wentylacji i ktoś tu kiedyś umrze od oparów. Napisał to w raporcie. Dosłownie. Bez owijania w bawełnę. Klient był zaskoczony taką bezpośredniością.
Był zaskoczony że klient jest zaskoczony.
Od tamtej pory nic się nie zmieniło. Metodyka rosła. Klientów przybyło. Sektor po sektorze — finanse, ubezpieczenia, infrastruktura, energetyka, trochę administracji publicznej kiedy ktoś miał odwagę zlecić i budżet żeby zapłacić. Tysiąc audytów — może więcej. Zawsze ten sam schemat. Wejście, dokumenty, wywiady, analiza luk, raport, wnioski. Prosto.
Żaden klient nie mówił nigdy że obserwuje go od dawna.
Żaden.
Postawił kubek.
* * *
Wrócił do biurka. Spojrzał na ekran. Kursor wciąż mrugał.
Zamknął plik.
Nie zapisując.
Otworzył szufladę. Wyjął kopertę. Wyjął bloczek. Dopisał do pokwitowania zwrotu — data: dzisiaj. Podpisał.
Wziął słuchawkę, wykręcił numer klientki.
Odebrała szybko. Wiedziała że zadzwoni, albo siedziała z telefonem w ręku, co wychodziło na to samo.
— Zmienił pan zdanie — powiedziała. Nie pytanie. Ulga w formie stwierdzenia.
— Nie — powiedział.
Cisza.
— Dzwonię żeby uprzedzić że przelew idzie dziś. Numer mam z poprzedniej rozmowy. Jeśli się nie zgadza — proszę dać znać.
— Pan rozmawiał z nim.
— Tak.
— I nadal…
— Tak.
Kolejna cisza. Tym razem inna niż poprzednie. Nie panika, nie gniew. Coś co brzmiało jak zdumienie, ale zdumienie kogoś, kto rzadko bywa zdumiony i nie bardzo wie co z tym zrobić.
— Dlaczego — powiedziała w końcu. Cicho. Prawie bez intonacji. Jakby pytała nie jego, tylko w ogóle.
Facet zastanowił się przez chwilę. Nie dlatego że nie znał odpowiedzi. Dlatego że zastanawiał się czy jest sens ją podawać.
— Bo — powiedział — zlecenie niestandardowe wymaga niestandardowego zaangażowania. A ja mam swój wiek i plan na następne lata, który nie zakłada wizji lokalnej w lokalizacjach poza RP, nawet nie wiadomo do końca gdzie. Nawet za sto tysięcy.
— Może — powiedziała ostrożnie — zaliczka była wstępna.
— Wiem że była wstępna.
— Całkowita wartość zlecenia jest… inna.
— Rozumiem.
— Znacznie inna.
— Rozumiem — powtórzył, tym samym tonem. — Przelew idzie dziś.
Odłożył słuchawkę.
* * *
Wziął kapelusz z wieszaka. Na zewnątrz wciąż siąpiło. Ten sam deszcz co rano, albo inny o tej samej charakterystyce — w Warszawie w listopadzie to nie ma znaczenia.
Przez ułamek sekundy poczuł zapach mokrego żywopłotu i ciężkiego powietrza w Middlesex. Tam deszcz nie padał, on po prostu osiadał na wszystkim, jakby chciał przypomnieć, że słońce nad Anglią to tylko rzadka anomalia pogodowa. Londyn zawsze zostaje w człowieku, nawet jeśli próbujesz go przykryć mokotowską szarością i setkami przeprowadzonych audytów. To było inne życie, wiele lat temu, z instytucjami i firmami, o których w Warszawie nikt nie słyszał, a on sam wolał o nich nie opowiadać.
Bank był dwie ulice dalej. Doszedł. Kolejka była, jak to w południe, ale Adamowi się nie spieszyło. Miał w kieszeni marynarki potwierdzenie, że próbował wrócić do spokoju. Ale wiedział już, że „Głos” w słuchawce i metodyka, którą budował przez dekady, właśnie mogą go wciągnąć w coś, co nie ma swojego odpowiednika w żadnym znanym mu podręczniku.
Podszedł do okienka. Wyciągnął kopertę i karteczkę z numerem.
Kasjerka przyjęła. Przeliczyła. Wypisała potwierdzenie. Podała przez szybkę.
— Tytuł przelewu.
— Zwrot zaliczki — powiedział. — Niezrealizowane zlecenie.
Zapisała. Wziął potwierdzenie, złożył, wsunął do kieszeni marynarki. Wyszedł. Na chodniku zatrzymał się. Listopad robił swoje. Gdzieś za chmurami było słońce, ale to była informacja czysto teoretyczna.
Szkolenia.
Miał już dwa zapytania — jedno z Wrocławia, drugie z jakiejś spółki energetycznej w okolicach Łodzi. Dwa dni, standardowy program. Ludzie którzy chcą się nauczyć. Pytania, kawa z automatu, rzutnik który się nagrzewa.
Spokój.
Zaczął iść w stronę biura.
W kieszeni zawibrował telefon.
Spojrzał na ekran.
Numer nieznany. Inny niż poprzedni. Ale coś w sposobie w jaki wibrował — równomiernie, bez pośpiechu, jakby wiedział że odbierze — było znajome.
Odchylił klapę.
— Rozmawiałem z panią asystentką — powiedział głos. Ten sam. — Rozumiem decyzję. Szanuję. Mam jednak pytanie techniczne, jeśli pan pozwoli.
Facet stał na chodniku w deszczu.
— Słucham.
— Artykuł piętnasty UKSC. Obowiązek przeprowadzenia audytu przez podmiot niezależny. Zewnętrzny. Ma być skuteczny. — Pauza. — Ile niezależnych podmiotów z odpowiednią metodyką jest w Polsce, aby zrealizować podmiot nazwijmy to niepowtarzalny?
Widział, że tu nie ma wiedzy gruntowej, tylko straszenie rynku karami, odpowiedzialnością i innymi.
Bo kiedy się nad tym zastanowił — art. 15 UKSC dotyczy audytu systemu informacyjnego. Tylko. Takich podmiotów na rynku była masa. Odetchnął.
— I jeszcze jedno. — Głos był uprzejmy, jak zawsze. Taki rodzaj uprzejmości który istnieje niezależnie od odpowiedzi rozmówcy. — Dyrektywa nie pyta czy operator chce podlegać pod regulację. Ona stwierdza że podlega. My też o tym wiedzieliśmy, zanim zadzwoniła do pana moja asystentka. Ale wolałem żeby to była decyzja pana. — Krótka cisza. — Pozdrawiam.
Rozłączył się. Stał.
Deszcz siąpił.
Potwierdzenie przelewu w kieszeni marynarki. Dwie ulice do biura. Wrocław i Łódź w kalendarzu.
Artykuł piętnasty UKSC… no to będzie ciekawie, bo nie obejmuje całego NIS 2.
Zaczął iść.
W stronę biura.
Wszedł na trzecie piętro — winda nie działała, jak zawsze. Usiadł przy ThinkPadzie. Faks zamrugał czerwoną lampką.
Otworzył szufladę.
Koperty nie było.
Oczywiście że nie było — sam ją właśnie oddał w banku, sam trzymał potwierdzenie w kieszeni, wszystko się zgadzało, nic się nie zgubiło.
Zamknął szufladę.
Otworzył nowy dokument.
Wpisał: Notatka służbowa — odmowa przyjęcia zlecenia — powody.
Klepał.
Spokojnie.
Wiedział co wpisze.
Wiedział też, że jutro rano, przy pierwszej kawie, przeczyta to jeszcze raz.
I zobaczy czy nadal się zgadza.