Obraz się wywołał.
Ona.
Tramwaj — stała dwa rzędy przed nim, plecami, kaptur od płaszcza spuszczony bo w środku ciepło. Trzymała się poręczy przez chusteczkę. Białą, złożoną w czworo, taką z tkaniny a nie papierową — bo papierowa by się rozeszła. Pomyślał wtedy: ktoś bardzo nie lubi tramwajów. I zapomniał.
Autobus na Marszałkowskiej — wsiadła drzwiami środkowymi, on przednimi, i przez chwilę widział ją w tłumie i mózg zarejestrował ale nie skomentował, bo tak działa tło. Poręcz. Chusteczka.
Przy Pałacu stała na chodniku jakieś dziesięć metrów dalej. Patrzyła w górę — albo udawała że patrzy, co nie jest tym samym. Potem wyciągnęła rękę i puściła chusteczkę.
Wyrzuciła.
Do kosza.
Kobieta w żakiecie za miesięczny czynsz wyrzuca chusteczkę do kosza przy Pałacu Kultury i Nauki, bo trzymała nią warszawski transport publiczny i już jej ta chusteczka do niczego niepotrzebna.
Gorzkawy wyobraził sobie jej minę.
I się roześmiał.
Tak po prostu — w mieszkaniu, sam, przy pustym stole, bez widowni. Śmiech który nie szuka potwierdzenia. Krótki, szczery, taki który pojawia się kiedy coś jest naprawdę śmieszne a nie kiedy wypada.
* * *
Wstał. Poszedł do lodówki.
Piwo — jedno, zimne, ta marka którą się kupuje nie dlatego że najlepsza tylko dlatego że zawsze jest i nie zawodzi. Otworzył. Wypił łyk przy otwartej lodówce, bo tak można kiedy jest się samemu i lodówka nie ma nic przeciwko.
Zamknął.
Wrócił do stołu.
Siedział z piwem i myślał, że właściwie — no właściwie — taki audyt mógłby być niezłą zabawą. Nie zawodowo, zawodowo to inna sprawa, zawodowo trzeba ostrożnie, klient bez nazwy i lokalizacja poza jurysdykcją RP to są czynniki ryzyka które się wpisuje w pierwszą kolumnę i nie ignoruje.
Ale ona.
Ona mogła być rozrywką.
Dawno nie miał rozrywki która by zaskoczyła. Telewizji nie oglądał — od kiedy, nie pamiętał, po prostu przestał i okazało się że nic nie brakuje. Kabarety czasem, YouTube, te stare nagrania — ale tylko takie co miały jakieś coś. Nie śmiech z przypadku. Śmiech który wymagał, żeby zrozumieć dlaczego.
Ona miała to coś.
Chusteczka przez którą trzyma poręcz w tramwaju i wyrzuca pod Pałacem jak dowód rzeczowy po zakończeniu sprawy — to jest człowiek z charakterem. Może trudnym. Prawdopodobnie trudnym. Ale z charakterem.
Gorzkawy wypił kolejny łyk.
Miał swoje lata. Wiedział o tym dokładnie, tak jak się wie o złym kolanie — nie dramatycznie, po prostu jako informacja o stanie faktycznym. I właśnie dlatego, a nie mimo tego, pomyślał: dlaczego nie.
Nie wielkie pytanie. Małe. Takie które się zadaje przy zimnym piwie w sobotnie południe, kiedy notatka jest w szufladzie, zaliczka w banku, a ktoś chodził za nim przez pół Warszawy z chusteczką i wyrzucił ją przy Pałacu z wyrazem twarzy którego nie widział ale umiał sobie wyobrazić.
* * *
Odstawił butelkę.
Wziął notatnik. Przekreślił:
Trzy lokalizacje — jeden detal — nieznany.
Napisał obok: znany.
Zamknął notatnik.
Za oknem Mokotów oddychał sobotnim popołudniem.
Gorzkawy siedział i ważył w głowie stosunek ryzyka do rozrywki.
Wychodzi ciekawie.