← Spis rozdziałów / Rozdział 2

Rozdział drugi: Środa, potem piątek

Mieszkanie na Mokotowie, trzy ulice od biura. Taka odległość, która pozwala powiedzieć że nie mieszka się w pracy, ale nie pozwala udawać że się od niej oddaliło.

Środa. Siódma trzydzieści.

Kawa robiła się sama w tym sensie, że sam ją zrobił pół przytomnie, przez pamięć mięśniową, bez angażowania żadnej wyższej funkcji poznawczej. Ekspres stołowy, nie ta atrapa na kapsułki. Kawa z ekspresu ma smak kawy. Tamta ma smak obietnicy kawy, co nie jest tym samym.

Usiadł przy stole.

Okno wychodziło na podwórko. Ktoś wychodził z psem. Pies nie miał zdania na temat środy. Miał zdanie na temat słupa przy bramie i zdanie to było entuzjastyczne.

Wypił łyk.

Myślał.

Nie o psie.

* * *

Klientka siedziała mu w głowie od tygodnia. Nie dlatego, że była interesująca. Dlatego, że zlecenie było.

Wiele audytów — a może nawet więcej, przestał liczyć jakoś po pięćsetnym — i nigdy żaden klient nie zostawił koperty bez oznaczenia i bez słowa wyjaśnienia dotyczącego nazwy podmiotu. Opisowo. Wpisał. Ale opisowo wyszło: podmiot zlecający zarządza infrastrukturą o charakterze permanentnym i ponadkrajowym, z nieokreśloną siedzibą.

To brzmiało jak spółka zarejestrowana na Cyprze.

Albo coś gorszego.

Dwadzieścia pięć lat, zaraz dwadzieścia sześć. To jest liczba, przy której człowiek powinien zrobić bilans. Nie patetyczny — techniczny. Przychody, rozchody, co zostało w aktywach, co w pasywach. Kolano które boli przy schodach. Kręgosłup który ma własne zdanie na temat długich lotów. Oczy które w złym świetle od starego ThinkPada pieką gorzej niż pięć lat temu.

Teraz jeszcze to.

NIS2 wszedł w życie. UKSC się szykuje. CER… no też. DORA, RODO. Świat audytu, który znał — branża finansowa, spółki skarbu, trochę ubezpieczeń — nagle zarósł nowymi obowiązkami jak stary ogród chwastami i to nie były chwasty które się po prostu wyrywa. To były chwasty z certyfikatami i wymogami raportowania.

Operatorzy usług kluczowych. Incydenty w ciągu dwudziestu czterech godzin. Oceny ryzyka dla infrastruktury, której nie widać. Albo naruszenia i 72 godziny. Ludzie zagubieni i pogubieni, bo nikt, tam na górze czy w ISO, czy w Unii Europejskiej nie myśli holistycznie. tylko swoje załatwić, narzucić kolejne obowiązki raportowania, bo wtedy jest na pewno dobrze. Urzędnik szczęśliwy z posiadania swojego wymarzonego druku, wypełnionego jak chciał, przez kogoś, kto nawet nie ma pojęcia co wpisał.

Wypił drugą kawę.

Metodyki stworzył sam. Przez lata. Kolumna po kolumnie, pole po polu, logika następstw pytań. Inni teraz z tego korzystali — konsultanci, młodsze roczniki, spółki które zrozumiały że lepiej zapłacić za porządne narzędzie niż wymyślać koło od nowa. Pisali maile z podziękowaniami. Czasem pytali o szkolenia.

Szkolenia.

Tam był spokój. Sala, ludzie którzy chcą się nauczyć, pytania na które zna odpowiedź, bo sam się kiedyś o to potknął. Żadnych klientów z kopertami bez oznaczenia. Żadnych lokalizacji do ustalenia w drodze wizji lokalnej.

Wstał. Wyniósł kubek. Spojrzał na zegar.

Był środek tygodnia i miał już decyzję.

* * *

Piątek przyszedł jak zawsze — jakby czwartek po prostu zapomniał się skończyć i ktoś musiał mu o tym przypomnieć.

Biuro. Trzecie piętro. Winda nadal nie działała.

Usiadł przy biurku, otworzył szufladę, wyjął kopertę. Leżała tam od tygodnia jak faktura której nie chce się zaksięgować. Obok ankieta z odręcznymi dopiskami.

Do ustalenia — wizja lokalna.

Wziął słuchawkę.

Numer był na kartce, którą zostawiła. Jeden numer, żadnego opisu. Taki numer, który się podaje kiedy nie chce się podawać nazwiska.

Wykręcił.

Czekał.

Odebrała po pierwszym sygnale.

— Tu — powiedział — ja. Dzwonię w sprawie zlecenia z zeszłego tygodnia.

— Wiem — powiedziała. Głos miała taki sam jak wtedy. Warunkowa ocena. — Kiedy możemy omówić harmonogram.

— Nie możemy.

Cisza.

Nie długa. Ale gęsta.

— Słucham.

— Nie podejmuję zlecenia — powiedział. Spokojnie, bo nie było powodu żeby inaczej. — Zaliczka wróci przelewem, potrzebuję numeru konta. Albo mogę zostawić kopertę w biurze, może pani odbierze.

— Nie rozumiem.

— Rozumie pani.

Kolejna cisza. Tym razem inna. Tamta była zaskoczeniem, ta była czymś głębszym. Jakby ktoś nagle zabrał podłogę spod nóg i ona jeszcze nie zdążyła spaść, ale już wiedziała, że to nastąpi zaraz.

— To niemożliwe — powiedziała. W głosie pojawił się ton, którego nie było przy pierwszym spotkaniu. Nie gniew. Coś twardszego i mniej kontrolowanego. — Proszę posłuchać, to nie jest zwykłe zlecenie. On czeka. On już wie, że pan przyjmie. Jeśli pan teraz …

— On — powiedział — będzie musiał poszukać innego audytora.

— Pan nie rozumie co pan mówi.

— Rozumiem dokładnie co mówię. Mam swoje wyrobione w branży, dobre zdrowie jak na swój wiek i plany związane ze szkoleniami, takim spokojnym światem. Nie z wizją lokalną w lokalizacji do ustalenia.

Głos po drugiej stronie zmienił się.

Nie podniósł się. Kobiety z klasą nie podnoszą głosu. Ale stał się inny — ściśnięty, szybszy, z lekką drżączką na spółgłoskach. Facet po tylu wywiadach i nieco innych doświadczeniach wcześniej rozpoznaje to bez trudu. To nie był gniew. To była panika.

Panika u kogoś takiego to był rzadki widok. Jak BŁĄD PODAWANIA w faksie — czerwona lampka, ale do tej pory wszyscy ją ignorowali.

— Proszę posłuchać — powiedziała szybko, jakby miała za mało czasu na słowa i musiała je upychać. — Jest pewien kontekst, który przy pierwszym spotkaniu był przedwczesny. Podmiot zlecający — jej głos się wyrównał na chwilę, wysiłek woli, widać było — nie jest podmiotem który się zastępuje. Nie ma alternatywnej oferty. Pan jest jedyną osobą z odpowiednią metodyką, która…

— Skąd wiedzą o metodyce? Przecież dyrektorów to nie interesuje, na czym ktoś coś robi. Ma być.

Zatrzymała się.

— Słucham?

— Metodyka nie jest tajna, ale nie jest też ogłoszenia prasowe. Skąd zleceniodawca wie, że będzie pasować?

Przez chwilę nic.

Potem powiedziała coś, czego się nie spodziewał. Powiedziała to spokojnie, bez dramatyzowania, co sprawiło że brzmiało poważniej niż gdyby krzyczała.

— Bo obserwuje … od dawna.

Facet siedział przy biurku. ThinkPad mrugał w rogu ekranu — jakiś proces w tle, który robił coś, nikt nie wiedział co. Faks przy ścianie nie robił nic, czerwona lampka paliła się równomiernie.

— Numer konta — powiedział. — Albo koperta. Jak wygodniej.

— Pan naprawdę zamierza?

— Tak.

Krótkie. Bez złości. Bez satysfakcji. Temat zamknięty.

— On — powiedziała bardzo cicho — będzie zły.

— Rozumiem.

— Nie rozumie pan.

— Być może. — Wziął długopis, otworzył bloczek na czystej stronie. — Numer konta.

Podała cyfry przez zaciśnięte zęby, każda z osobna, jakby ją bolały. Zapisał.

— Dziękuję — powiedział.

Rozłączył się.

* * *

Kopertę wziął z szuflady. Przeliczył. Sto tysięcy, wszystko się zgadzało. Wypisał pokwitowanie zwrotu zaliczki, wziął do ręki bloczek z numerem konta, wyszedł z biura. Bank był dwie ulice dalej. Kapelusz wziął, choć rozważał kaszkiet. Wspomnienie na chwilę go zatrzymało, ale jednak nie. Na zewnątrz siąpił deszcz, ten mokotowski rodzaj deszczu, który nie pada tylko wisi w powietrzu i czeka aż ktoś w niego wejdzie. Znów wspomnienia z miejsca, gdzie to jest normalne, a nie tylko jesienią.

W banku była kolejka. Stanął.

Kobieta przed nim kłóciła się z kasjerką o coś w sprawie przelewu zagranicznego. Kasjerka tłumaczyła cierpliwie. Kobieta słuchała niecierpliwie. To było stare tango. Taniec facetów, o czym wielu nie wie.

Facet stał. Czekał.

Myślał o szkoleniach.

Sala. Prezentacja. Rzutnik który się nagrzewa i przez pierwszą minutę obraz jest za blady. Pytania z sali, te dobre — od ludzi którzy wiedzą wystarczająco, żeby wiedzieć czego nie wiedzą. Kawa z automatu w korytarzu, ta podejrzana, ale jakoś zawsze wypita do dna.

Spokój.

Kolejka przesunęła się o jedną osobę.

Telefon w kieszeni zawibrował. Spojrzał. Numer nieznany. Odchylił klapę.

— Tak.

Głos po drugiej stronie nie był głosem klientki.

Był głębszy. Spokojniejszy. I miał w sobie coś, czego facet od dawna nie słyszał — coś na kształt pewności, że rozmówca ma czas i odległość nie gra żadnej roli, bo zawsze można zaczekać.

— Słyszałem — powiedział głos — że chce pan zwrócić zaliczkę.

Facet spojrzał na kopertę w dłoni.

— Tak.

— Rozumiem. — Cisza. Krótka, ale taka, która daje do zrozumienia że to nie jest koniec zdania. — Mam jednak pewne pytanie, czysto techniczne. Czy zapoznał się pan z wdrożoną niedawno dyrektywą NIS2 i jej transpozycją przez krajowe ustawodawstwo, w szczególności z UKSC?

Facet nie odpowiedział od razu, bo zastanawiał się, kto do kogo dzwoni i kto się uważa za specjalistę. Dużo kosztowało go to, żeby nie parsknął śmiechem.

— Bo — ciągnął głos — mamy pewien problem z klasyfikacją naszego podmiotu jako podmiotu kluczowego lub ważnego i szczerze mówiąc, bez odpowiedniej oceny, kara administracyjna wydaje się być nieuchronna. Dziesięć milionów euro albo dwa procent obrotu, wedle tego co wyższe. A pan — tu w głosie pojawiło się coś na kształt uprzejmości, ale takiej która nie jest do końca uprzejmością — ma wiedzę. 10 milionów to nie jest problem.

Kolejka przesunęła się znowu.

Kasjerka patrzyła pytająco.

Facet zamknął klapę telefonu. Włożył kopertę do kieszeni. Wyszedł z banku.

Na zewnątrz siąpił deszcz.

Stanął na chodniku. Patrzył na ulicę — samochody, ludzie, ten rodzaj piątku który jeszcze nie wie że jest piątek.

Ktoś po drugiej stronie słuchawki który ma problem z NIS2 i nie tylko, działaniem którego nie zna, infrastrukturą wszędzie i nigdzie i — sądząc po głosie — całkowicie spokojne podejście do kwestii czekania.

Wrócił do biura.

Wyjął kopertę z kieszeni, otworzył szufladę, położył z powrotem.

Obok ankieta. Do ustalenia — wizja lokalna.

Usiadł przy ThinkPadzie.

Otworzył nowy plik.

Wpisał: Rejestr aktywów — projekt — podmiot niestandardowy.

Klepał coś.

Nie spiesząc się.