Dwa tygodnie minęły spokojnie.
Wrocław wziął szkolenie w czwartek i piątek, spółka energetyczna z okolic Łodzi przełożyła na styczeń — coś z harmonogramem zarządu, to zawsze coś z harmonogramem zarządu. Gorzkawy nie protestował. Miał czas, miał swój kajet, miał ekspres. Listopad w Warszawie robił swoje i nie wymagał komentarza.
W poniedziałek wróciła pani Krysia.
* * *
Pani Krysia miała sześćdziesiąt dwa lata, ale tego się nie mówiło głośno, bo po pierwsze ona też nie mówiła, a po drugie nie miało to znaczenia. Pracowała z nim od siedmiu lat. Przedtem pracowała gdzie indziej — w instytucjach, takich, o których się nie mówi głośno, z tych samych powodów co z wiekiem. Gorzkawy wiedział gdzie, bo on też pracował w pewnych instytucjach i świat jest mały, a branże jeszcze mniejsze. Spotkali się kiedyś.
Pani Krysia miała oczy które widziały więcej niż mówiły i usta, które mówiły mniej niż wiedziały. To jest rzadka konfiguracja i dlatego była niezastąpiona.
Sanatorium w Ciechocinku co roku, dwa tygodnie, wracała wyprostowana i z lekko innym odcieniem włosów i nigdy o tym nie rozmawiała, a Gorzkawy nigdy nie pytał. I to był układ który działał.
Wszedł do biura o dziewiątej.
— Dzień dobry, pani Krysiu — powiedział.
— Dzień dobry — powiedziała pani Krysia.
I tu było to coś.
Nie w tonie. Nie w słowach. W tempie. Pani Krysia miała swój rytm — spokojny, równomierny, taki który sugerował, że sprawy są pod kontrolą i zawsze były. Teraz ten rytm był o ułamek za krótki. Jakby ktoś przestawił zegar o trzy minuty i niby chodzi, ale nie do końca.
— Jak sanatorium? — zapytał, bo zapytał zawsze, bo taki był układ.
Pani Krysia kiwnęła głową.
— Ma pan gości.
Nie: dobrze, dziękuję. Nie: odpoczęłam. Kiwnięcie głową, które zamknęło temat sanatorium i otworzyło temat gości i to zamknięcie było szybsze niż zwykle.
Gorzkawy zdjął kapelusz. Powiesił.
— Od kiedy.
— Od ósmej trzydzieści.
Pani Krysia nie patrzyła na niego. Patrzyła w monitor z tą miną, która u kogoś innego oznaczałaby że jest bardzo zajęta. U niej oznaczała że powiedziała, co miała powiedzieć i resztę zostawi jemu.
Człowiek z jej przeszłością nie denerwuje się. Ale zauważa. I daje znać.
Dała znać.
* * *
Biuro miało swój układ od lat — ThinkPad przy oknie na biurku, biurko robocze z plikami i teczkami i kubkiem, żaluzje przymknięte do połowy. Ale przy ścianie naprzeciwko stał stolik, niski, okrągły, po bokach cztery krzesła — te lepsze niż to przy biurku, z prawdziwymi oparciami, kupione kiedyś, bo czasem przychodzą klienci, z którymi się rozmawia, a nie tylko podpisuje. Taki układ: praca osobno, rozmowa osobno. Porządek.
Przy stoliku siedziała kobieta i mężczyzna.
Wstali kiedy wszedł.
Oboje. Jednocześnie. Ten rodzaj wstawania, który jest wyćwiczony albo uzgodniony — nie odruch, decyzja. Gorzkawy zatrzymał się o krok od progu i przez sekundę — tylko sekundę, bo po sekundzie twarz wróciła do normy — poczuł, że grunt jest nieco inny.
Morena z tym samym wyrazem twarzy co zawsze — żakiet inny, ale nadal to ten sam rodzaj żakietu. Twarz spokojniejsza niż przy ostatniej rozmowie.
Mężczyzna był nowy.
Nie wyglądał jak ktoś kto zarządza infrastrukturą permanentną i ponadkrajową, jak to opisywali. Opisy były śmieszne, ale nie komentował tego. Gość wyglądał, jak ktoś kto zarządza arkuszami. Pięćdziesiąt pięć, może sześćdziesiąt, garnitur który kosztował poważnie, ale nie krzyczał o tym, okulary w cienkiej oprawie, teczka na stole przed nim — skórzana, czarna, taka w której są dokumenty, a nie koperty. Twarz człowieka, który liczy i lubi liczyć i nie widzi w tym nic złego.
— Dzień dobry — powiedział Gorzkawy.
— Dzień dobry — powiedzieli oboje. Nadal stojąc.
Gorzkawy podszedł do biurka, odłożył notatnik, usiadł na swoim krześle. Spojrzał na nich. Gestem wskazał krzesła.
Usiedli.
— Nie umawialiśmy się — powiedział Gorzkawy.
— Nie — przyznała Morena. — Przepraszam, za brak zapowiedzi. Uznałam, że łatwiej panu odmówić przez telefon. A pan lubi odmawiać.
Gorzkawy spojrzał na nią. Przez chwilę.
— Słuszna ocena — powiedział.
Coś w kąciku jej ust — nie uśmiech, cień decyzji, że uśmiech mógłby być. Zrezygnowała.
— Pozwoli pan że przedstawię — powiedziała. — Andrzej Pluto. Dyrektor finansowy.
— Której jednostki, firmy, organizacji? — zapytał Gorzkawy.
— Naszej — powiedział Pluto.
Głos miał spokojny i suchy, taki który brzmi jak kolumna cyfr czytana na głos. Wyciągnął rękę przez stolik. Gorzkawy podał swoją. Uścisk był krótki i rzeczowy.
— Adam Gorzkawy — powiedział Gorzkawy, bo tak się robi.
— Wiem — powiedział Pluto.
* * *
Gorzkawy otworzył szufladę. Wyjął notatnik, długopis. Położył przed sobą. Nie dlatego że zamierzał notować — dlatego, że tak wygląda człowiek który słucha zawodowo.
— Słucham — powiedział.
Pluto otworzył teczkę. Nie wyjął nic. Tylko otworzył, jakby samo otwarcie teczki było gestem który coś ustanawia.
— Proszę pana — zaczął — rozumiem, że poprzednia rozmowa dotyczyła głównie przedmiotu zlecenia i kwestii logistycznych. Chciałbym porozmawiać o warunkach finansowych. Szczegółowo.
— Szczegółowo — powtórzył Gorzkawy. Bez intonacji. Jak echo, które sprawdza czy dobrze usłyszało.
— Mamy — powiedział Pluto — pewne doświadczenie z sytuacjami, w których standardowa stawka dzienna okazała się niewystarczającym argumentem. Dlatego przygotowałem kilka wariantów struktury wynagrodzenia. Różnią się mechanizmem, nie intencją.
Gorzkawy patrzył na niego.
— Intencja jest jedna — dodał Pluto — chcielibyśmy pana zatrudnić, a w tej chwili rozmawiamy o formie rozliczeń. To moja domena.
W tym była pewna elegancja, Gorzkawy musiał przyznać. Dyrektor finansowy, który od razu mówi co chce i po co tu jest — to jest rzadkość. Zwykle jest pięć minut o pogodzie i branży i wspólnych znajomych.
Pluto nie był zainteresowany pogodą.
— Proszę mówić — powiedział Gorzkawy.
Przy stoliku zrobiło się cicho.
Pani Krysia za drzwiami robiła coś przy swoim biurku. Cicho, równomiernie, zawodowo.
Faks przy ścianie milczał.
Czerwona lampka paliła się jak zawsze.