Warszawa, listopad. Ten rodzaj listopada, który nie jest jeszcze zimą ale już dawno przestał być jesienią. Szaro. Mokro. Jakby miasto wzięło głęboki oddech i zapomniało wydychać.
Biuro na Mokotowie, trzecie piętro, winda nie działa od środy. Albo od dłużej — nikt nie sprawdzał. Przy oknie ThinkPad t460s z ekranem który miał dobry dzień już za sobą. Na biurku: kubek z napisem World’s Best Auditor kupiony prawdopodobnie przez kogoś z ironią, teczka, długopis. Żaluzje przymknięte do połowy, bo słońce by przeszkadzało gdyby było, a i tak przeszkadzają.
Na wieszaku przy drzwiach — kapelusz. A obok półpłaszczyk i kaszkiet. Wspomnienia z innego miasta…
Facet patrzył w ekran.
Klepał coś.
Nie spiesząc się.
* * *
Drzwi otworzyły się tak, jak otwierają je ludzie przyzwyczajeni do tego, że jak wchodzą — wszyscy patrzą.
Wszyscy nie patrzyli. Był jeden.
I nie podniósł wzroku.
Kobieta stanęła w progu i przez ułamek sekundy — tylko ułamek, bo była zbyt doświadczona żeby dłużej — zastygła. Biuro ją uderzyło. Tak się mówi — uderzyło — bo to było fizyczne. Zapach starego powietrza wbudowany w tapetę. Kafelki przy wejściu z pęknięciem wzdłuż, zaklajstrowanym klejem który zmienił kolor na żółty. Faks przy ścianie z czerwoną lampką BŁĄD PODAWANIA, która paliła się pewnie już tak długo, że nikt jej nie widział.
Była trzy dni temu w Dubaju. Biały marmur. Chłodzone powietrze z precyzją szwajcarskiego zegarka. Kelnerzy którzy widzą pusty kieliszek zanim on sam o tym wie.
A teraz to.
Miała na sobie żakiet, który kosztował tyle co miesięczny czynsz za to biuro, i czuła jak Warszawa próbuje jej o tym powiedzieć.
— Dzień dobry — powiedziała. Głos miała taki, jakby dzień dobry było oceną i ta ocena była warunkowa.
— Hm — powiedział facet przy komputerze.
Nie dzień dobry. Nie proszę siadać. Nie nawet gest w stronę krzesła.
Hm.
Jakby właśnie coś sprawdził w arkuszu i wynik był dokładnie taki, jakiego się spodziewał.
* * *
Usiadła. Krzesło było biurowe, plastikowe, lata osiemdziesiąte, jeden bok oparcia lekko wygięty. Znała się na tym. Przez chwilę kalkulowała czy to wpłynie na żakiet. Postanowiła że nie wpłynie, bo nie pozwoli.
— Z polecenia — powiedziała.
— Czyjego.
Nie pytajnik. Konstatacja w formie pytania. Słuchał, ale raczej tego co powie, niż jak to powie. Ona była przyzwyczajona do odwrotnej kolejności.
Powiedziała nazwisko. Takie, którego się nie powtarza głośno.
Facet oderwał w końcu wzrok od ekranu. Spojrzał na nią. Jedno spojrzenie — krótkie, techniczne, takie jakim patrzy się na kolumnę cyfr żeby sprawdzić czy się zgadza. Zgadzała się albo nie. Trudno powiedzieć co uznał.
Wrócił do ThinkPada.
— Ciepło tu — powiedziała.
— Kaloryfer trzeci od okna nie ma zaworu. Można otworzyć okno.
— W listopadzie.
— Można nie otwierać.
* * *
Wyjął z szuflady papier. Kilka kartek, zszyte, zadrukowane. Ankieta wstępna. Formularz identyfikacji zlecenia. Był zrobiony starannie — kolumny, pola, logika następstw pytań. Ktoś się nad tym zastanawiał i to dopracował.
Położył przed nią na biurku.
Wzięła do ręki. Przeczytała pierwsze pytanie.
Nazwa podmiotu zlecającego:
— Podmiot zlecający — powiedziała — ma pewną specyfikę jeśli chodzi o formę prawną.
— Zawsze mają.
— Nie jestem pewna czy mieści się w którymkolwiek z pól.
Facet sięgnął po długopis, przekreślił drukowane pole, napisał obok odręcznie: opisowo.
— Następne — powiedział.
Przedmiot audytu:
— Ogólnie mówiąc — powiedziała ostrożnie — chodzi o ocenę zgodności z pewnymi… historycznymi standardami klasyfikacji.
— Czyimi.
Powiedziała. Gorzkawy zapisał. Zamknął temat.
* * *
Lokalizacja podmiotu audytowanego:
Tu zatrzymała się dłużej.
Facet podniósł wzrok. Pierwszy raz z czymś w rodzaju zainteresowania. Bardzo małym. Ledwo widocznym. Ale jednak.
— Jest jakiś problem z lokalizacją?
— Lokalizacja — powiedziała — jest niestandardowa.
— To znaczy.
Odłożyła ankietę na biurko. Poprawiła żakiet. Spojrzała na niego z tym wyrazem twarzy, który kobiety wypracowują przez lata na spotkaniach, gdzie muszą powiedzieć coś absurdalnego zupełnie poważnie.
— Zleceniodawca zarządza infrastrukturą — powiedziała — która z definicji znajduje się poza obszarem Rzeczypospolitej Polskiej. Nawet EOG… Ale tu też świadczymy usługi.
Facet patrzył na nią przez chwilę.
Potem wziął długopis i przy polu lokalizacja napisał: do ustalenia — wizja lokalna.
— Stawka dzienna plus koszty — powiedział. — Zaliczka z góry. Faktura VAT.
— Tak.
— Dojazd.
— Zapewniony.
— Kiedy.
Wstała. Żakiet przeżył krzesło bez szwanku. Wzięła torebkę, taką samą historię jak żakiet, i podeszła do drzwi. Zatrzymała się.
— Nie pyta pan — powiedziała — dokąd.
— Nie — przyznał.
Wróciła wzrokiem do monitora. Coś tam dopisał do ankiety.
— Audyt to audyt — dodał.
* * *
Drzwi zamknęły się za nią cicho.
Przy wyjściu minęła wieszak.
Kapelusz wisiał spokojnie. Czekał, jak zawsze.
Na biurku leżała koperta.
Gruba. Nieoznaczona. Taka, w której nie ma listu.
Facet oderwał wzrok od monitora. Spojrzał na kopertę. Wziął ją, sprawdził zawartość jednym gestem — nie liczył, tylko ważył w dłoni — i położył w szufladzie pod ankietą.
Sto tysięcy złotych w banknotach to nie jest coś, co się komentuje.
Wyjął bloczek, wypisał pokwitowanie odbioru zaliczki, wyrwał kopię, schował do teczki. Oryginał zostanie dla niego. Kopia pójdzie do akt.
Wrócił do ThinkPada.
Faks przy ścianie zamrugał czerwoną lampką BŁĄD PODAWANIA.
Jak zawsze.