← Spis rozdziałów / Rozdział 10

Rozdział dziesiąty: Koryto

Wergilski mówił spokojnie.

Nie tak jak Pluto. Pluto mówił z teczką, z wariantami, z logiką człowieka, który ma plan i wykonuje plan. Wergilski mówił inaczej. Jakby myślał na głos — ale tylko tę część, którą wybrał do powiedzenia. Reszta zostawała u niego.

— Nasze wcześniejsze rozmowy — powiedział — były prowadzone nie tak. Zaufaliśmy kompetencjom osób, które do pana wysłaliśmy.

Gorzkawy kiwnął głową.

Wergilski nie ciągnął od razu. Czekał. Nie dla efektu — sprawdzał, czy rozmówca rozumie, co usłyszał.

Rozumiał.

— Jednocześnie — powiedział Wergilski — okazuje się, że całe to cyberbezpieczeństwo nie jest oderwane od naszej działalności.

Gorzkawy kiwnął głową drugi raz.

I na tym drugim się zatrzymał.

Bo kiwał odruchowo. Tak się kiwa przy kimś, kto mówi rzeczy sensowne. Wergilski mówił rzeczy, z którymi trudno było się nie zgodzić.

Kiedy płynie za gładko — sprawdź koryto.

Gorzkawy siedział. Słuchał. Kiwał rzadziej.

— Widzę potencjał — powiedział Wergilski. Pauza. — Jeszcze nie wiem jaki. Ale wiem, że postawiliśmy na zły zespół.

Gorzkawy patrzył na niego. Wergilski patrzył z powrotem. Słuchał tak, jak się słucha, kiedy chce się usłyszeć — nie kiedy czeka się na swoją kolej. To też był sygnał. Innego rodzaju.

— Proszę mi wskazać — powiedział Wergilski — z kim pan powinien rozmawiać. Kto ma informacje, umocowanie, obszar.

Gorzkawy oparł dłonie na blacie okrągłego stolika.

— Z nikim.

Cisza. Krótka, konkretna.

— Ankieta ma trzy pola otwarte — powiedział Gorzkawy. — Forma prawna: opisowo. Lokalizacja: do ustalenia. Przedmiot: czyjeś historyczne standardy klasyfikacji. Faza F0 jest niezamknięta.

Wergilski nie przerywał.

— Interesują mnie Wymagania Jednostkowe i dowody na ich spełnienie. Nie potencjał. Nie przetasowania u państwa.

Kaloryfer trzeci od okna stuknął raz i ucichł.

— Jedna osoba — powiedział Gorzkawy. — Punkt kontaktowy. Umocowanie na piśmie. Bez wariantów.

Wergilski siedział przez chwilę bez ruchu.

Morena miała plan. Pluto miał tabelę. Wergilski miał coś innego — i to coś właśnie ważył. Widać było, że waży naprawdę.

Sięgnął do kieszeni płaszcza. Nie po teczkę — po kartkę. Jedną, złożoną, zapisaną odręcznie. Położył na stoliku.

Gorzkawy na nią spojrzał.

— Czytam czy pan mówi.

Wergilski patrzył na kartkę jeszcze chwilę. Potem wziął ją, złożył raz jeszcze i schował do kieszeni.

— Mówię — powiedział.