Wergilski mówił spokojnie.
Nie tak jak Pluto. Pluto mówił z teczką, z wariantami, z logiką człowieka, który ma plan i wykonuje plan. Wergilski mówił inaczej. Jakby myślał na głos — ale tylko tę część, którą wybrał do powiedzenia. Reszta zostawała u niego.
— Nasze wcześniejsze rozmowy — powiedział — były prowadzone nie tak. Zaufaliśmy kompetencjom osób, które do pana wysłaliśmy.
Gorzkawy kiwnął głową.
Wergilski nie ciągnął od razu. Czekał. Nie dla efektu — sprawdzał, czy rozmówca rozumie, co usłyszał.
Rozumiał.
— Jednocześnie — powiedział Wergilski — okazuje się, że całe to cyberbezpieczeństwo nie jest oderwane od naszej działalności.
Gorzkawy kiwnął głową drugi raz.
I na tym drugim się zatrzymał.
Bo kiwał odruchowo. Tak się kiwa przy kimś, kto mówi rzeczy sensowne. Wergilski mówił rzeczy, z którymi trudno było się nie zgodzić.
Kiedy płynie za gładko — sprawdź koryto.
Gorzkawy siedział. Słuchał. Kiwał rzadziej.
— Widzę potencjał — powiedział Wergilski. Pauza. — Jeszcze nie wiem jaki. Ale wiem, że postawiliśmy na zły zespół.
Gorzkawy patrzył na niego. Wergilski patrzył z powrotem. Słuchał tak, jak się słucha, kiedy chce się usłyszeć — nie kiedy czeka się na swoją kolej. To też był sygnał. Innego rodzaju.
— Proszę mi wskazać — powiedział Wergilski — z kim pan powinien rozmawiać. Kto ma informacje, umocowanie, obszar.
Gorzkawy oparł dłonie na blacie okrągłego stolika.
— Z nikim.
Cisza. Krótka, konkretna.
— Ankieta ma trzy pola otwarte — powiedział Gorzkawy. — Forma prawna: opisowo. Lokalizacja: do ustalenia. Przedmiot: czyjeś historyczne standardy klasyfikacji. Faza F0 jest niezamknięta.
Wergilski nie przerywał.
— Interesują mnie Wymagania Jednostkowe i dowody na ich spełnienie. Nie potencjał. Nie przetasowania u państwa.
Kaloryfer trzeci od okna stuknął raz i ucichł.
— Jedna osoba — powiedział Gorzkawy. — Punkt kontaktowy. Umocowanie na piśmie. Bez wariantów.
Wergilski siedział przez chwilę bez ruchu.
Morena miała plan. Pluto miał tabelę. Wergilski miał coś innego — i to coś właśnie ważył. Widać było, że waży naprawdę.
Sięgnął do kieszeni płaszcza. Nie po teczkę — po kartkę. Jedną, złożoną, zapisaną odręcznie. Położył na stoliku.
Gorzkawy na nią spojrzał.
— Czytam czy pan mówi.
Wergilski patrzył na kartkę jeszcze chwilę. Potem wziął ją, złożył raz jeszcze i schował do kieszeni.
— Mówię — powiedział.