Pluto mówił czterdzieści minut.
Gorzkawy słuchał. Notatnik przed nim, długopis w dłoni, pozycja człowieka który notuje — ale nie notował. Słuchał tak, jak się słucha dobrze zbudowanego argumentu: ze spokojem i bez zamiaru zmiany zdania.
Wariant pierwszy — stawka dzienna razy cztery, bez limitu dni, wypłacana tygodniowo na wskazane konto. Pluto powiedział to spokojnie, jak pozycję w tabeli.
Gorzkawy kiwnął głową.
Wariant drugi — honorarium ryczałtowe, jednorazowe, plus premia za termin. Kwotę podał bez mrugnięcia. Była duża. Bardzo duża. Taką, którą się mówi tylko, kiedy jest się pewnym że działa.
Gorzkawy kiwnął głową.
Wariant trzeci był bardziej kreatywny — struktura z odroczonym wynagrodzeniem i opcją reinwestycji w udziały podmiotu. Udział w podmiocie który działa od początku czasów i nie planuje upadłości. Permanentna dywidenda z wiecznego działania. Pluto wyjął z teczki kartki i położył na stoliku. Gorzkawy na nie spojrzał. Nie wziął do ręki.
Kiwnął głową.
Pluto zamknął teczkę.
Przez chwilę oboje siedzieli w ciszy — Pluto z miną człowieka, który wie że skończył i czeka na wynik. Morena z miną człowieka, który wie jaki będzie wynik i czeka aż Pluto też to zrozumie. Bo dalej nie rozumiał.
— Dziękuję — powiedział Gorzkawy.
— Który wariant — zapytał Pluto.
— Żaden.
Cisza.
Pluto patrzył na niego przez chwilę z wyrazem twarzy, który mówił że przeliczał wszystkie zmienne i ta odpowiedź nie figuruje w żadnej kolumnie.
— Mogę zapytać dlaczego.
— Może pan.
Gorzkawy odłożył długopis.
— Bo problem nie jest finansowy — powiedział. — Nigdy nie był. Warianty, które pan przyniósł są dobrze skonstruowane i w innych okolicznościach byłyby interesujące. Ale tutaj nie trafiają. A skoro nie trafiają, to nie ma o czym rozmawiać.
— W co nie trafiają? — zapytał Pluto.
— Gdybym wiedział — powiedział Gorzkawy — to może byśmy rozmawiali. To mi się nie spina. Nie finansowo, po prostu.
To nie było złośliwe. Było dokładne. Pluto był wystarczająco inteligentny, żeby to rozróżnić.
Wstał. Wstała Morena. Gorzkawy wstał też, bo tak się robi.
Uściski dłoni — krótkie, rzeczowe, bez niepotrzebnych słów. Pluto wziął teczkę. Przy drzwiach zatrzymał się na sekundę i spojrzał na Gorzkawego z tym wyrazem, który nie jest jeszcze rezygnacją ale już nie jest pewnością.
Wyszedł.
Morena wyszła za nim.
Drzwi zamknęły się cicho.
* * *
Gorzkawy usiadł przy biurku. Patrzył na kartki, które Pluto zostawił na stoliku.
Wstał, wziął je, przeniósł na biurko, położył do teczki. Czysto. Porządek.
Pani Krysia zajrzała.
— Herbaty?
— Proszę — powiedział.
Zamknęła drzwi.
Gorzkawy patrzył przez okno. Za żaluzjami Warszawa robiła swoje. Gdzieś tam Pluto siedział właśnie przy własnym biurku i patrzył na tabelę z wariantami i żaden z wariantów nie miał rubryki na odpowiedź, którą dostał.
Herbata przyszła za pięć minut, z odrobiną rumu jak lubił. Gorzkawy wypił. Notatnik otworzył, bo miał szkolenie do przygotowania.
Zaczął pisać.
Nie spiesząc się.