← Spis rozdziałów / Rozdział 9

Rozdział dziewiąty: Proszę nie pisać

Tydzień później pani Krysia powiedziała mu coś, czego wcześniej nie powiedziała.

Nie od razu. Najpierw był ranek, kawa, kilka maili, normalny rytm. Potem — przy okazji, jakby mimochodem, bo pani Krysia miała ten styl.

— Byłam jeszcze rozkojarzona — powiedziała. — Po Ciechocinku. Dlatego ich wpuściłam.

Gorzkawy podniósł wzrok.

Patrzył na nią przez chwilę.

Pani Krysia patrzyła w monitor.

— Rozumiem — powiedział.

— Więcej nie będę — powiedziała.

I wróciła do swojego biurka.

Gorzkawy wrócił do swojego. Siedział przez chwilę bez ruchu z kubkiem w dłoni i myślał, że to jest właśnie ta odmiana przeprosin, która wymaga więcej niż zwykłe przeprosiny. Pani Krysia nie tłumaczy się. Nigdy. To co powiedziała było czymś innym — informacją o stanie faktycznym i jednoczesnym zamknięciem tematu.

Wystarczyło.

* * *

We wtorek przyszli o dziesiątej.

Tym razem pani Krysia nie wpuściła — zadzwoniła.

— Ma pan gości — powiedziała. — Dwoje. Czekają u mnie.

— Chwilkę — powiedział Gorzkawy.

Skończył akapit który pisał, zamknął plik, otworzył szufladę po długopis i bloczek. Wstał. Poprawił marynarkę. Wziął kubek i wyniósł do pani Krysi, bo przy okazji, więc czemu nie skorzystać.

W sekretariacie stała Morena i mężczyzna którego nie znał.

Mężczyzna był wysoki, szczupły, coś między pięćdziesiątką a sześćdziesiątką, w płaszczu który wyglądał na stary, ale dobrze stary — taki płaszcz, który się kupuje raz i nosi długo. A z czasem nabiera charakteru, którego nie da się kupić. Twarz spokojna, oczy ciemne, uważne, z tym rodzajem uwagi który nie jest ciekawością — jest obserwacją.

Morena powiedziała:

— Dyrektor zarządzający. Pan  Piotr Wergilski.

Wergilski wyciągnął rękę. Gorzkawy podał swoją.

— Adam Gorzkawy — powiedział.

— Wiem — powiedział Wergilski.

Tym razem brzmiało to inaczej, niż kiedy mówił to Pluto. Pluto wiedział z dokumentów. Wergilski wiedział inaczej — tak jak się wie rzeczy, które się obserwowało, a nie przeczytało w jednym wieczorze.

— Proszę — powiedział Gorzkawy i wskazał drzwi do gabinetu.

Morena ruszyła.

Wergilski nie ruszył.

Przez sekundę była ta cisza — krótka, konkretna — i Morena zatrzymała się, bo poczuła że coś jest nie tak z kolejnością.

Odwróciła się.

Wergilski patrzył na nią spokojnie.

— Poczekasz tutaj — powiedział. Nie pytanie. Nie rozkaz. Informacja podana głosem który nie przewiduje dyskusji.

Morena patrzyła na niego przez chwilę. Coś przeszło przez jej twarz — za szybko żeby nazwać, za wyraźnie żeby zignorować. Potem kiwnęła głową. Raz. Krótko.

Usiadła.

Pani Krysia nie patrzyła w ich stronę. Patrzyła w monitor. Ale coś w jej plecach mówiło że słyszy wszystko i nic jej nie umknie.

* * *

Gorzkawy wszedł. Wergilski wszedł za nim. Drzwi zamknęły się.

Gorzkawy podszedł do biurka. Otworzył bloczek, położył długopis. Standardowa pozycja — audytor za biurkiem, klient przy stoliku, porządek.

— Proszę nie pisać — powiedział Wergilski.

Spokojnie. Bez przepraszam, bez jeśli można. Prosto.

Gorzkawy patrzył na niego przez chwilę.

Potem zamknął bloczek. Wziął go, wziął długopis, włożył do szuflady. Zamknął szufladę.

Wstał zza biurka.

Podszedł do stolika. Usiadł na jednym z krzeseł — nie naprzeciwko Wergilskiego, obok. Ten rodzaj ustawienia który mówi: nie przesłuchanie, rozmowa.

Wergilski usiadł.

Przez chwilę siedzieli obaj przy okrągłym stoliku bez bloczka, bez teczki, bez żadnego dokumentu między nimi.

— Słucham — powiedział Gorzkawy.

Wergilski spojrzał na niego. Pierwszy raz od kiedy wszedł — naprawdę spojrzał, tak jak się patrzy na kogoś kiedy chce się sprawdzić czy warto mówić prawdę.

Uznał że warto.

Zaczął mówić.